John Stubblefield: Prelude

Posted on 1.8.10 - 0 komentarze -



Jon Stubblefield
Prelude
Storyville Records, 1978 r. RE

Kawałek niezłego jazzu autorstwa John’a Stubblefielda wciąż pozostaje nieodkryty. Za sprawą reedycji Prelude, prawdopodobnie pierwszej solowej płyty, ta niekorzystna sytuacja może ulec zmianie na lepsze.

Dojrzały to debiut, nie z racji wieku autora (gdy nagrywał Prelude miał 31 lat), lecz posiadanych kompetencji. Otóż John Stubblefield prócz umiejętności gry na saksofonie posiadł zdolność komponowania muzyki. Według nielicznych biograficznych artykułów, najlepsze tematy pisał na potrzeby big bandu upamiętniającego twórczość Charles’a Mingusa.

Musi być w tym wiele prawdy, ponieważ z sześciu kompozycji na płycie Prelude dwie, nie napisane przez autora krążka, są najciekawsze. Za żywiołowe latin-jazzowe If You Only Knew odpowiada Onaje Allen Gumbs, natomiast subtelne i harmoniczne What’s Gonna Be Is Gonna Be, w dodatku przypominające Blue In Green Milesa Davisa napisał Cecil Bridgewater.

Niestety nie doświadczą Państwo tych dwóch kompozycji w ramach promocyjnego odsłuchu na Soul-jazz.pl. W zasadzie nie doświadczą Państwo żadnego utworu z tejże płyty z błahego powodu: w internetowej przestrzeni muzyka pana Stubblefielda nie znalazła jeszcze odpowiednich (legalnych) promotorów. Dlatego muszą Państwo polegać na słowie pisanym, w tym bądź innym miejscu/blogu, (co w cale nie jest złe, mając na uwadze fakt, iż niegdyś muzyka w formacie mp3 nie istniała).

Wracając do płyty. Album Prelude brzmi świetnie zarówno w aspekcie solowych partii pana Stubblefieda jak również kolektywnej gry całego sekstetu. To czysta przyjemność jednakże proszę nie oczekiwać po tej płycie za dużo (na prawdziwe jazzowe wykopaliska nadejdzie jeszcze pora na Soul-jazz.pl). Tymczasem Prelude to silny, post-bebopowy debiut muzyka, którego ton saksofonu być może znają Państwo z innych płyt.


Skład:
Jon Stubblefield – saksofon tenorowy i altowy
Cecil Bridgewater – trąbka, skrzydłówka
Onaje Allen Gumbs – klawisze
Cecil McBrige – kontrabas
Joe Chambers – bębny
Mtume – perkusja

Soul-jazz tribute podcast 2: Gil Scott-Heron (part I)

Posted on 21.7.10 - 0 komentarze -


Czasem mniej oznacza więcej, dlatego druga część serii Soul-jazz tribute podcast trwa niespełna pół godziny i przedstawia mniej znane i mniej rewolucyjne oblicze pana Scott-Herona. Brak najpopularniejszych utworów jak The Bottle czy Revolution Will Not Be Televised rekompensuje sześć wyjątkowych, jakże odmiennych kompozycji w dorobku tego wspaniałego artysty. Na Państwa szczególną uwagę zasługuje opublikowany dopiero w tym roku utwór My Cloud; jeden z wielu doskonałych przykładów współpracy na linii Gil Scott-Heron - Malcolm Cecil.

Znakomitą okładkę w klasycznej formie przygotował utalentowany RSO196. Więcej prac tego autora do obejrzenia za pośrednictwem strony rso196.pl.

Sometimes less means more and that is why the second part Soul-jazz tribute podcast series lasts for not even half an hour and presents less knows and less revolutionary side of mister Scott-Heron. The lack of most popular works like The Bottle or Revolution Will Not Be Televised is compensated by six unique and so different compositions found in the output of this magnificent artist. Your attention should be attracted by this year’s published My Cloud; one of many excellent examples showing cooperation between Gil Scott-Heron and Malcolm Cecil.

The perfect cover in its classical form is presented to you by our talented RSO196. Other works can be found at: rso196.pl.




Morning Thoughts (Arista, 1981)
A Prayer For Everybody/To Be Free (Arista, 1978)
Offering (TVT Records, 1975)
A Lovely Day (TVT Records, 1976)
My Cloud (XL Recordings, 2010)
Spirits Past (TVT Records, 1994)

Mixed & selected: JMS, July 2010
Cover: RSO196.

Download Soul-jazz tribute podcast 2:


http://rapidshare.com/files/405345957/soul-jazz.pl_tribute_podcast_2_gil_scott-heron__part_1_.rar
http://www.megaupload.com/?d=ZEMP7567

Utwór na zawsze: Everybody Loves The Sunshine

Posted on 6.7.10 - 1 komentarze -

Na początku lat 70. Stevie Wonder miewał pochmurne dni. Wówczas szeroki uśmiech – jego znak szczególny – znikał. Nieprawdopodobne, prawda? Są na to jednak dowody w postaci nagrań z tamtego okresu, tak na marginesie uznawanego za najlepszy czas w twórczości pana Wondera.

W nagraniu Blame It On The Sun z doskonałej płyty Talking Book, młody Stevie winą za nieudaną miłostkę obarcza słońce. Powód: słońce nie świeci. Proszę Państwa, jak tak można? Nie uśmiechać się, gdy cały świat pragnie ujrzeć białe zęby pana Wondera to jedno, ale winić słońce? To przecież nielogicznie, wiemy doskonale, że słońce należy kochać.

Powiedział o tym głośnio Roy Ayers w 1976 roku. Wie o tym również Seu Jorge, brazylijski muzyk i aktor, który wkrótce (27.07.2010) wyda nowy album nakładem Now-Again Records. Pierwszy singiel (12”, mp3) zapowiadający płytę Seu Jorge and Almaz to brazylijska wersja Everybody Loves The Sunshine. Tym sposobem najlepszy utwór świata (według Soul-Jazz.pl) po raz kolejny doczekał się przeróbki.

Być może pamiętają Państwo doskonały cover D’Angelo na stronie B singla Untitled (How Does It Feel) z 2000 roku? Piskliwe/Prince’owe wykonanie pana Archera (prawdziwe nazwisko D’Angelo) nawet po dziesięciu latach od daty publikacji świetnie znosi upływ czasu. Prawdopodobnie wersja pana Jorga podzieli los coveru D’Angelo, ponieważ w dniu internetowej premiery nagrania Everybody Loves The Sunshine utwór stał się „utworem na zawsze”. Nie wierzą Państwo? Proszę pobrać darmową empetrójkę lub włączyć play w poniższym, youtube’owym odtwarzaczu.



Dwunastocalowy singiel oprócz coveru kompozycji pana Ayersa zawiera wersję instrumentalną oraz dodatkowe nagranie Cirandar, które również ukaże się na LP.

Wracając do historii Blame It On The Sun: Stevie Wonder kończy utwór słowami „but my heart blames it on me”. Stary porządek powraca, ponownie everybody loves the sunshine.

Harold Melvin and the Blue Notes: Wake Up Everybody

Posted on 8.5.10 - 0 komentarze -



Harold Melvin and the Blue Notes
Wake Up Everybody (Part 1 & 2)
Philadelphia International, 1976.



Czy nie mają Państwo wrażenia, że w obliczu tragicznych wydarzeń, media pod pretekstem stonowanych utworów wypełniających audio-wizualną przestrzeń po prostu pogłębiają ból i smutek?

Niedawna żałoba narodowa to wciąż świeży temat, jednak dzięki swej aktualności najbardziej właściwy przykład na - kolokwialnie pisząc - dołowanie społeczeństwa. Oczywiście nie tylko media nie są winne tej sytuacji, wina leży również w nas - ktoś przecież zaakceptował okolicznościowy repertuar stacji radiowych składający się z trip-hopowych, chiloutowych czy rockowo-balladowych nagrań.

Muzyka soul zupełnie w tej materii zostaje pominięta. Zresztą niesłusznie bowiem, choć repertuar rzeczywiście odmienny, to na czas żałoby wręcz idealny. Proszę wskazać lepszy czas na kompozycję Wake Up Everybody niż momenty, w których refleksja o przemijaniu i byciu dobrym człowiekiem krąży najbliżej świadomości społeczeństwa? Muzyka soul nie przez przypadek tłumaczy się jako duszę.

Teddy Pendergrass głośno śpiewa z typowym dla siebie zaangażowaniem piosenkę dotyczącą codziennych problemów. Idealistyczne przesłanie właśnie teraz powinno trafić do ludzi. Teraz, gdy uzewnętrzniamy wrażliwość skrywaną pod warstwą codziennej obojętności. Nie powinniśmy jednak być dla siebie za surowi, bowiem przeszliśmy długą drogę od starożytnego niewolnictwa, średniowiecznych publicznych tortur, poprzez drugą wojnę światową a na zamachach terrorystycznych kończąc.

Pomimo wpadającej w ucho melodii i uskrzydlającego tekstu autorstwa tercetu John Whitehead, Gene McFadden i Victor Carstarphen, kompozycja Wake Up Everybody nie wzbudza dziś właściwego entuzjazmu. Problemy, o których śpiewa pan Pendergrass wciąż zaprzątają głowę wielu ludzi. To dość przykre, w dodatku temat na osoby post, lecz w zupełnie innej kategorii niż rozpatrywana w dzisiejszym wpisie.

Dziś zastanawiamy się dlaczego w obliczu tragicznych wydarzeń katujemy się depresyjnymi melodiami a nie piosenkami podobnymi do nagrania grupy Harolda Melvina. Proszę pisać, jeśli mają Państwo odpowiedź na to pytanie.

Utwór na zawsze: Intimate Friends

Posted on 25.4.10 - 2 komentarze -

Współczesna muzyka nie potrafi być ciepła. Nie brzmi to zachęcająco ale nie chodzi przecież oto aby się ogrzać, muzyka to nie piec rozpalany emocjami.

Choć tego nie widać, trwa wiosna, a sezon grzewczy dobiega końca. Ciężkie płaszcze typowe dla zimy z powrotem wiszą na wieszakach. W sklepach odzieżowych witryny zdobią modne bluzy oraz lekkie kurtki. Gdzieniegdzie spodnie i hitowe buty. Gdyby muzykę sprzedawano na podobnych zasadach jak ubrania, ciekawe czyje płyty witałyby klientów przed wejściem?

Skoro wiosna to coś lekkiego, powiedzmy Alicia Keys.



Jakieś nagranie z ostatniej, pseudo-soulowej płyty pewnie bardziej pasuje aniżeli staroć z duszą sprzed pięciu lat. Gdyby menadżer takiego sklepu ujrzał na wystawie Unbreakable, niechybnie chwyciłby się za głowę i wszczął śledztwo kto i dlaczego naraża na straty jego butik. Na wszelki wypadek szybko trzeba zmienić kompozycję na coś modnego, powiedzmy Erykah Badu? Być może jest modna. Jeśli nie, to przynajmniej kontrowersyjna, a to przecież prawie synonim, więc na jedno wychodzi.



Jednak nie wyszło, Fall in Love (Your Funeral) z jej nowej płyty New Amerykah Part Two (Return Of The Ankh) nie przyciągnie klientów, ten rodzaj intymności, zaproponowany przez panią Badu to nie seks w miejscu publicznym, choć klip do singla Window Seat może sugerować coś odmiennego.

Współczesna muzyka nie potrafi być ciepła. Ponoć to przez analogowe brzmienie, a właściwie cyfrowe, dominujące na falach radiowych oraz cyberprzestrzeni. Pani Badu była blisko, najbliżej Alicia. Mistrzem pozostaje Eddie Kendricks. Panie i Panowie oto kawałek, który potrafi podarować trochę słońca w pochmurny dzień.



Eddie Kendricks
Intimate Friends z albumu "Slick"
Tamla, 1977 r.

Winylowe wydanie debiutanckiego albumu CNQ

Posted on 20.4.10 - 1 komentarze -

Już jest. W sprzedaży internetowej i (prawdopodobnie) w wybranych sklepach. Album Pig Inside The Gentleman grupy Contemporary Noise Quintet po czterech latach od debiutu nareszcie na winylu. Sprawcą tej niespodzianki jest polska wytwórnia z siedzibą w Londynie - Lanquidity Records.




Lanquidity Records
to - jak piszą o sobie założyciele wytwórni - niezależny projekt wydawniczy, który powstał z miłości do muzyki:

Działamy całkowicie niekomercyjnie, wyłącznie w oparciu o środki własne, a wszelkie dochody płynące z realizacji naszych działań przeznaczamy na przygotowanie kolejnego przedsięwzięcia.


Od niedawna na łamach Soul-Jazz mogą Państwo przeczytać o pierwszym wydawnictwie Lanquidity, czyli kapitalnej EP’ce Speakers Corner Quartet. Oznaczone numerem LQ 001 wydanie Further Back Than The Beginning przybliża polskim słuchaczom niezależny, brytyjski jazz. Z drugim wydawnictwem LQ czas na odwrotną sytuację; teraz mieszkańcy Wysp poznają współczesny polski jazz. To uczciwy układ.

Gdy w 2006 roku Contemporary Noise Quintet (obecnie Contemporary Noise Sextet) wydali pierwszy album, polskie media przyjęły krążek z otwartymi ramionami. Tak było cztery lata temu. Cztery lata to tysiące nowych jazzowych płyt, co prawda nie polskich, ale jednak wydanych i dostępnych własnymi kanałami dystrybucji. Jak Pig Inside The Gentleman brzmi po latach? Wciąż świeżo i z pazurem o czym mogą Państwo się przekonać z poniższego odsłuchu.



P.I.G.


Invisible Train


Sophie

Limitowane (350 sztuk) wydanie winylowe (2xLP) Pig Inside The Gentleman, mogą Państwo zamówić bezpośrednio ze strony www.cnq.electriceye.pl, lub pisząc na adres info@lanquidityrecords.com.

Tracklista:

Strona A
1. Million Faces
2. Army Of The Sun

Strona B
1. Walking Sin
2. Goodbye Monster
3. Coin Perfectly Spinning

Strona C
1. Evil Melody
2. Invisible Train
3. Even Cats Dream About Flying

Strona D
1. P.I.G.
2. Sophie
3. Chinese Customer (z płyty Theatre Play Music)

Ćmy: Kim Zonk Funk

Posted on 14.4.10 - 0 komentarze -



Ćmy
Kim Zonk Funk
2010 r.

<a href="http://cmymusic.bandcamp.com/album/kim-zonk-funk">Mr. Skeleton Pants by Cmy</a>

Zgodnie z przysłowiem „do trzech razy sztuka” - Kim Zonk Funk najlepszą płytą duetu Ćmy

Muzyka nie zna granic. Jazz może być wszystkim, w zależności od interpretacji autorów. I choć istnieje od początku XX wieku, nieustannie ewoluuje. To nic nowego - chciałoby się krzyknąć, przecież żadna myśl nie jest oryginalna, oczywiście za wyjątkiem muzyki, która potrafi być, wiek później.

Muzyka elektroniczna oraz jazz posiadają zarówno wyznawców jak i twórców również w Polsce. Trzeci album polskiego duetu Ćmy wzbogaca nasz współczesny jazz o ciekawą mieszankę turntablismu, hiphopu oraz elektroniki. Zresztą robią to skutecznie od 2002 roku, jednak dopiero w tym roku, albumem Kim Zonk Funk dokonali artystycznego przełomu.

Poprzednie płyty duetu, Foggy Style (2005 r.) oraz Eclipse (2002 r.) brzmiały dobrze. Mając na uwadze czas, w którym powstały - nawet bardzo dobrze. Najnowsza produkcja Miltona Waukee oraz Jorge Saxon’a sprawia, że szkoda na nie czasu, i proszę uwierzyć, to tylko dobrze świadczy o Kim Zonk Funk - zdecydowanie najlepszej z płyt duetu Ćmy. Co odróżnia Kim Zonk Funk od Foggy Style czy Eclipse? Oprócz czasu powstania niewiele. To dość zaskakujące odkrycie bowiem autorzy konsekwentnie tworzą foggy/jazzy i wydawać by się mogło, że już niewiele więcej można dodać. Ćmy jednak udowadniają, że autorski styl to worek bez dna.

Obecność na Kim Zonk Funk zaproszonych muzyków (np. Marcin Wasilewski) oraz wokalistów (np. Kasia Klich) jest wartością samą w sobie. Mniej sampli i więcej ludzi świadczy o chęci interakcji autorów z otoczeniem a więc i czerpania inspiracji z różnych źródeł. Być może wiąże się z tym faktem również ujawnienie swych prawdziwych tożsamości, które do ostatniej płyty były skutecznie ukrywane. Jeśli chcą Państwo poznać kto jest kim w duecie Ćmy to proszę zajrzeć na stronę www.cmy.pl, lecz przede wszystkim przesłuchać Kim Zonk Funk za pośrednictwem serwisu Bandcamp.com, ponieważ ten duet zasługuje na Państwa pełną uwagę.



Ćmy
Kim Zonk Funk z albumu "Kim Zonk Funk"
2010 r.

SCQ: Further Back Than The Beginning

Posted on 12.4.10 - 0 komentarze -



Speakers Corner Quartet

Further Back Than The Beginning
Lanquidity Records, 2009 r.


Angkor Vat

Znakomity, podwójny debiut ubiegłego roku: grupy Speakers Corner Quartet jako twórców oraz wytwórni Lanquidity Records w roli niezależnego wydawcy jazzowych nagrań na winylu

Panowie z Speakers Corner Quartet, podobnie jak bardziej znani koledzy z Portico Quartet, uzyskali oryginalne brzmienie odchodząc od archetypicznego układu jazzowego kwartetu. Instrumentalna koegzystencja perkusji, kontrabasu, wiolonczeli oraz fletu dostarcza niecodziennych wrażeń dźwiękowych. Ich debiutancka EP’ka Further Back Than The Beginning pomimo braku saksofonu tenorowego (w muzyce np. Rashada Rolanda Kirka czy Pharaoh Sandersa stanowił podstawę brzmienia) znakomicie odnajduje się w spiritual jazzowej stylistyce.

Choć płyta nie jest hołdem dla awangardowych twórców z lat 70, to zawarty na niej ładunek emocjonalny pozwala myśleć o Further Back Than The Beginning jak o zbliżeniu do tego muzycznego okresu pełnego niepokojących komunikatów. Poniekąd tak jest, gdyż Speakers Corner Quartet z każdą kolejną minutą przybliżają zapowiedziany na przyszły rok (według kalendarza Majów) koniec świata. Ten rodzaj ekspresji, nawet jeśli to efekt stylizacji wzbudza szacunek, nie tylko z racji lęku towarzyszącemu zakończeniu istnienia świata.

Jest za wcześnie by tworzyć spektakularne, jednozdaniowe recenzje w sam raz nadające się na reklamę płyty, jednakże obok takich grup jak Built An Ark, Portico Quartet, czy Sankorfa jest miejsce dla bohaterów dzisiejszej notki. A to proszę Państwa komplement, jeden z tych przyjemniejszych.

Najnowsze nagrania SCQ do posłuchania za pośrednictwem serwisu Myspace.com. Poniżej zapis wideo z jednego z koncertów grupy.


Zapowiedź płyty In Between Instruments

Posted on 11.4.10 - 0 komentarze -

Muzyka pojawia się znikąd. Nie jest dystrybuowana przez wytwórnie, sklepy, media, blogi czy z polecenia znajomych. Największym dystrybutorem muzyki jest przypadek. W dalszym obiegu muzyki wymienione formy oczywiście funkcjonują, jednak przede wszystkim liczy się zdolność bycia w odpowiednim miejscu o właściwym czasie. To rzadka umiejętność i dlatego warto się dzielić, bo to prawie jak misja.

Aby rozwiać wszelkie wątpliwości: nie chodzi o udostępnianie plików za pomocą p2p czy innymi nielegalnymi sposobami. Liczy się wiedza i radość z - za przeproszeniem - popychania muzyki w kierunku słuchaczy. W końcu każdy zasługuje na muzykę, dlatego korzystając z łaskawości losu, przed Państwem znakomity kwartet perkusistów - Sankorfa.


Istnieją od 2004 roku lecz dopiero 19 kwietnia zadebiutują EP’ką zatytułowaną In Between Instruments. Jak można przeczytać w komunikacie prasowym: w swojej twórczości odwołują się do minimalistycznych dzieł Steve’a Reicha oraz rytmów salsy w wykonaniu Chano Pozo. Wyjątkowa trafność w ocenie brzmienia muzyki Sankorfy przez autorów komunikatu zdradza filozofię grupy. Podobnie jak w przypadku bardziej znanych kolegów, również z Londynu - Portico Quartet - bohaterowie dzisiejszej notki nie zapominają o przeszłości. Członkowie kwartetu Sankorfa uważają, że duchowy rozwój zależy od znajomości korzeni. Im głębiej kopią tym więcej zyskują jako ludzie i muzycy. Cudowna relacja, prawda?

Istotnym elementem wpływającym na jakość uprawianej twórczości kwartetu Sankorfa jest edukacja muzyczna. Członkowie zespołu oprócz koncertowania i wydawania płyt organizują warsztaty rozwijające muzyczne umiejętności. Ten rodzaj działalności jest skierowany głównie do studentów, jednak każdy z członków zespołu uczy indywidualnie, na różnych stopniach muzycznego zaawansowania.

Jak brzmi In Between Instruments mogą się Państwo przekonać za sprawą serwisu Myspace.com, gdzie grupa opublikowała swoje najnowsze kompozycje. Poniżej zapis wideo z jednego z koncertów grupy.


Footprints #14 x Soul-Jazz.pl: Tribute to Grover Washington Jr.

Posted on 14.3.10 - 0 komentarze -


Soul-Jazz.pl wraz z Footprints, serią jazzowych miksów prezentuje 14. część serii dedykowaną wczesnej twórczości Grovera Washingtona Jr. Miks w formacie mp3 jest dostępny do pobrania ze strony Footprints-jazz.blogspot.com. Okładkę przygotował RSO196.



Wstęp od wydawcy:

Krótko po wydaniu trzynastego woluminu serii jazzowych miksów Footprints, napisał do mnie JMS, pytając czy nadal zajmuję się tym projektem. Bez zastanowienia odparłem twierdząco. Jędrzej Siwek to współtwórca nieistniejącego już serwisu muzycznego wersalka.com, nad którym pracowaliśmy wspólnie od 2004 roku. Od tego czasu każdy z nas uciekł w swoje projekty. JMS incydentalnie publikuje na łamach kwartalnika kulturalnego "Opcje", a od połowy 2009 roku, prowadzi swoją stronę poświęconą muzyce soul oraz jazz - www.soul-jazz.pl. Czternasty Footprints jest inny od poprzednich, głównie przez koncept. Jest to pierwszy hołd złożony tylko i wyłącznie jednemu artyście. Dlaczego akurat Grover Washington Jr? Najlepiej odpowie na to pytanie sam autor miksu.

Soon after the 13th mix in the Footprints jazz series came out, JMS got in touch with me asking if I’m still engaged in the project. I replied positively with no hesitation. Jędrzej Siwek is a cofounder of wersalka.com, the music-oriented portal on which we worked together since 2004. From that point on we focused on each one’s own projects, JMS incidentally publishing in cultural quarterly journal "Opcje" and, since 2009, keeping his own soul and jazz-oriented website - www.soul-jazz.pl. When compared to the prior ones, Footprints vol.14 is different, mostly because of the concept: it’s the first tribute paid to one artist only. Now why Grover Washington Jr.? Let the author himself speak his mind on this issue.

Sebol, Footprints-jazz.blogspot.com, Sebol.com.pl



Od autora:

Grover Washington Jr uchodzi za ikonę stylu smooth-jazz lat 80. To ważne by zapamiętać: lat osiemdziesiątych. W tych gorszych czasach dla muzyki wielu artystów wraz ze zmianą trendów ukazała swe bardziej komercyjne oblicze. Wymieniać nazwiska inne niż bohatera miksu nie ma sensu, ale proszę uwierzyć na słowo, muzyków idących w komercje było sporo, co nie zawsze kończyło się dobrym rezultatem. Zasadnicze pytanie powinno brzmieć: czy nawet jako twórca smooth-jazzowy Grover Washington Jr trzymał poziom? Otóż trzymał - był najlepszy. Mistrzem można być bez wstydu przyjmując platynowe płyty.

Wybrałem dla Państwa nagrania z wcześniejszej dekady, ponieważ - moim zdaniem - najlepsze płyty pan Washington nagrywał w latach 70. Ówczesne brzmienie inspirowane dźwiękami natury kreowało nowe przestrzenie w muzycznym kolażu jazzu, soulu, funku i R&B. Twórczość Grovera Washingtona Jr była więc niejednoznaczna i - zdecydowanie daleka od skojarzeń z smooth-jazz’em o czym przekonają się Państwo słuchając 14. części serii Footprints.

Grover Washington Jr. is said to be an 80s’ smooth-jazz icon. Mind this one specifically: the eighties. In those times, apparently less favorable for the music, numerous artists unveiled- along with the change of trends- their more commercial side. There is no point in mentioning names other than that of the main character of this mix but honestly, there were many musicians who turned towards commercialism, which did not always end well. One may ask an essential question here: being a smooth-jazz artist, did Grover Washington Jr. create music of quality up to standard? Well, he did- he was the best. It is possible to be a master without the feeling of disgrace accompanying every platinum record.

I have selected the recordings from the earlier decade for you as, in my opinion, Mr. Washington recorded his best pieces in the seventies. The then sound inspired by nature gaped new spaces in the musical collage of jazz, soul, funk and R&B. Thus, the output of Grover Washington Jr. was diversified and definitely far from the smooth jazz style you have in mind, which you can see or listen for yourself while checking the fourteenth part of the Footprints jazz series.

JMS, Soul-Jazz.pl


Soul-Jazz.pl x Footprints #14: Tribute to Grover Washington Jr.
Marzec/March 2010

1. Moonstreams (Kudu, 1975)
2. Dolphin Dance (Kudu, 1976)
3. Earth Tones (Kudu, 1975)
4. Paradise (Elektra, 1979)
5. Mr. Magic Live (Kudu, 1977)